Babeczki bez mleka, cukru ani mąki

Cześć Misie! Dzisiaj mam dla Was przepis na pyszne czekoladowe babeczki z masłem orzechowym, które są bez mleka, bez cukru i bez mąki. Mogą być wspaniałym deserem lub przekąską dla osób które nie jedzą glutenu, nie chcą jeść cukru albo tak jak ja nie mogą jeść nabiału. Przepis powstał spontanicznie w mojej głowie gdy na półce w sklepie ze zdrową żywnością ujrzałam mąkę kokosową i ksylitol, który jak dobrze wiecie jest wspaniałym zamiennikiem cukru. Jeśli więc macie ochotę na coś słodkiego, mocno orzechowego i dietetycznego to zapraszam do przepisu :)
























Składniki:

Pół szklanki oleju kokosowego (ja akurat nie miałam i użyłam rzepakowego)
Pół szklanki mąki kokosowej
Dwie łyżki ksylitolu
Dwie łyżki śmietanki kokosowej albo mleczka kokosowego
Dwa duże jajka albo trzy małe
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Dwie łyżki kakao
Odrobina aromatu migdałowego
Masło orzechowe i gorzka czekolada jako dodatki
























Przygotowywanie tych babeczek trwa dosłownie chwilę i jest dziecinnie proste. Łączymy olej z mleczkiem kokosowym i dodajemy odrobinę olejku migdałowego. Wsypujemy dwie łyżki ksylitolu - ubijamy, a następnie dodajemy mąkę kokosową z proszkiem do pieczenia. Wbijamy jajka, wszystko mieszamy łyżką albo trzepaczką, a na koniec kruszymy kawałki gorzkiej czekolady które dodajemy do naszej masy. Wykładamy na blasze nasze foremki albo papilotki i nakładamy po łyżeczce ciasta do każdej z nich, następnie po pół łyżeczki masła orzechowego i przykrywamy jeszcze jedną łyżeczką masy. Gdy już wszystkie babeczki są gotowe, lądują w piecu na 15 min. Po upieczeniu studzimy i delektujemy się najbardziej orzechowymi babeczkami jakie kiedykolwiek jedliśmy ;)






















Szczerze powiedziawszy chciałam by moje babeczki były bez dekoracji, ale moja starsza siostra uznała, że chyba lepiej będą się prezentowały udekorowane. Gdy więc wróciłam do kuchni zastałam ją z mleczkiem kokosowych w jednej dłoni i z posypką w drugiej ;) Babeczki tak czy siak były przepyszne i serdecznie Wam  je polecam. Ściskam Was mocno, buziaki, papa!

Szczuplejsza do wakacji

Nie da się ukryć że do wakacji zostały trzy miesiące i to ostatni moment by na poważnie wziąć się za siebie i zadbać o swoje ciało, zdrowie i samopoczucie. Gdy temperatura zacznie się podnosić i już nie będzie można się schować za luźnymi swetrami, okaże się kto nad sobą pracował, a kto niestety nie. Z tego powodu postanowiłam, że przez te najbliższe tygodnie dam z siebie wszystko jeśli chodzi o zdrowe odżywianie i aktywność fizyczną. Dzisiaj podzielę się z Wami tym co będzie u mnie obowiązywało aż do Czerwca i co uważam za najważniejsze gdy chce się przeprowadzić taką akcję. Mam nadzieję że moje rady i mój plan działania zadziałają na Was motywująco.

1. Rezygnacja z cukru. Myślę że to najważniejszy punkt, bo często okazuje się że można schudnąć kilka kilogramów ograniczając sam cukier do minimum albo najlepiej rezygnując z niego całkowicie. Cukier można zastąpić stewią, ksylitolem lub erytrolem, a kupne słodycze domowymi pralinami albo wypiekami. Mimo tego ja przez te trzy miesiące nie zamierzam jeść absolutnie nic słodkiego dla lepszego rezultatu i Wam też to polecam.

2. Zdrowe odżywianie. U każdego będzie wyglądało inaczej bo każdy ma inną dietę i na co innego musi uważać. Dla mnie zdrowym odżywianiem będzie jedzenie mniejszej ilości mięsa, a więcej ryb no i całkowite wykluczenie mleka i produktów mlecznych z jadłospisu, bo od dawna mam taką nietolerancję, ale raz na kilka tygodni pozwalałam sobie na kawałek sera albo piłam cappuccino na mieście, pomimo tego że później umierałam z bólu. Od dzisiaj nie dam się namówić na żadną z tych rzeczy, a dodatkowo wykluczam jedzenie brokułów, kalafiora i fasolki, bo powodują okropne wzdęcia i bóle brzucha.

3. Aktywność fizyczna. Niestety bez tego nie ma efektów i chociaż jakiś czas temu napisałam post w którym wyznałam Wam że nie chce mi się ćwiczyć, to jednak się zmotywowałam i od dzisiaj zaczynam intensywne treningi, które mają mi niezwykle pomóc w ujędrnianiu swojej sylwetki. Nie wiem czy po jakimś czasie nie przerzucę się na siłownię, ale na razie zamierzam ćwiczyć w domu każdego dnia z ciężarkami, skakanką i filmikami na YouTube. 

4. Znalezienie motywacji. Z doświadczenia wiem że jeśli nie ma się motywacji do czegoś to nigdy się tego nie zrobi z chęcią i uśmiechem. Dla jednych taka trzymiesięczna akcja będzie presją, a dla innych motorem napędzającym ich działania. Powód dla którego ja jestem zmobilizowana i chętna na te trzy miesiące ciężkiej pracy, to wspomnienie tego jak fantastycznie się czułam gdy ważyłam te kilkadziesiąt kilogramów mniej i chciałabym do tego wrócić. A że wakacje się zbliżają i już nie będę mogła się schować za grubymi swetrami, to również mnie motywuje.

5. Odpowiednia pielęgnacja. Pielęgnacja ciała podczas odchudzania jest niezwykle ważna, bo pomaga utrzymać skórę w dobrym stanie, a odpowiednie kosmetyki są w stanie zapobiec rozstępom które się pojawią gdy nasza skóra się rozciąga i kurczy. Jednak żeby mieć piękną, rumianą i zadbaną skórę na wakacje trzeba zacząć o nią dbać już dziś. Moim niezbędnikiem w tej kwestii jest peeling kawowy który staram się robić raz na kilka dni, dobry balsam albo olejek który nawilży i uelastyczni skórę, odpowiedni preparat na rozstępy który sprawi że do wakacji będą miały szansę wyblaknąć oraz masażer do ud który kupiłam w Rossmann'ie i który stosuję codziennie pod prysznicem.

Mam nadzieję że dzięki tej akcji schudnę około 15 kg to końca Maja i że będę się czuła o wiele lepiej i lżej niż teraz. Trzymajcie za mnie kciuki i jeśli macie ochotę też obmyślcie swój własny plan działania i spróbujcie wykorzystać te trzy miesiące. Aha! Zdjęcie na górze pochodzi z moich wakacji we Włoszech, gdy miałam 20 lat i jeszcze ważyłam w granicach normy. Dopiero później wszystko zaczęło się psuć i nawet nie wiecie ile bym dała by ważyć i wyglądać znowu tak jak wtedy... 

Pojemniki do pracy

Cześć Misie! Często Wam powtarzam że śniadanie i obiad jadam w pracy i bardzo często mnie pytacie co ze sobą zabieram i jak to przewożę żeby się z tego nie zrobiła nieapetycznie wyglądająca breja. Dzisiaj więc pokażę Wam co zazwyczaj pakuję na wynos, opowiem o tym co lubię jeść i podam kilka pomysłów na tak zwane lunchboxy lub też pudełka do pracy.

1. Pojemniki. U mnie najważniejsze są pudełka. Muszą być szczelne, dobre jakościowo, odpowiednie do podgrzewania w mikrofalówce i chłodzenia w zamrażarce, bo często gotuję jedzenie na zapas i lubię mieć je już gotowe i zapakowane. Oczywiście, najlepsze są opakowania ze szkła, ale te ważą sporo i jeśli nie jedzie się autem, tylko tak jak ja, tłucze się autobusami, to są niezbyt poręczne. Mało tego, takie szklane opakowania to inwestycja i ryzyko że przy najmniejszym upadku, rozlecą się w drobny mak. Moje pochodzą z Tesco i jestem z nich niezwykle zadowolona. 

2. Jedzenie. Druga sprawa to gotowanie potraw które są łatwe do przewożenia i którym nic się nie stanie jak trochę nimi potrzęsie. Z tego powodu uwielbiam zabierać ze sobą gulasze, zupy, potrawki z kurczaka oraz sałatki. A na śniadanie staram się zawsze mieć jajka sadzone albo omlety z dodatkami. Nie przepadam za to za jajecznicą, bo często rozpada się na drobne kawałki, które trudno jeść. Gdy nie byłam na diecie nisko węglowodanowej lubiłam też zabierać ze sobą wszelkie makarony.

3. Przewóz. Ostatnią ważną sprawą jest sposób zapakowania tego wszystkiego i jak najdelikatniejszy sposób przewożenia. Znam osoby które są w stanie nawet z kanapki zrobić naleśnika, bo wcisną ją gdzieś w torebce, zagniotą innymi przedmiotami i później jedzą coś co wygląda nieapetycznie i jest mokre od pomidora który dosłownie się w tej kanapce roztopił. Zatem najlepiej mieć małą torebkę na lunch, albo chociaż tak wszystko poukładać żeby nic się nie pogniotło.

To takie zwyczajne, proste zasady o których każdy wie, ale myślę że warto przypomnieć. Na zdjęciach u góry możecie zobaczyć moje zapakowane przykładowe śniadania i obiady. Szczerze, uważam że gdybym jadła ''normalnie'', czyli mogła wziąć kanapkę do pracy albo jakiś jogurt z granolą, to nie miałabym najmniejszego problemu z organizacją swoich posiłków. Jednak jestem na takiej diecie i mam takie nietolerancje pokarmowe, że muszę dbać o to by zawsze mieć coś swojego. To wszystko na dzisiaj, buziaki, papa.

Moje ulubione herbaty

Bardzo często dostaję od Was pytania dotyczące tego co piję na swojej diecie. Sezon jesienno-zimowy to dla mnie idealny czas na odkrywanie różnych herbat, bo uwielbiam rozpoczynać i kończyć każdy dzień kubkiem tego gorącego napoju. Oczywiście kawa jest nadal mile widziana, ale nie zawsze jest odpowiednia pora na nią. Za to na herbatę zawsze znajdzie się czas i miejsce :) Dzisiaj więc chciałabym Wam pokazać kilka ulubionych herbat.

Herbata różana Love i Womankind Pukka



Jestem dużą fanką herbat firmy Pukka mimo iż muszę się natrudzić i naszukać, by znaleźć taką która by nie zawierała kopru włoskiego, którego niestety tak bardzo nie lubię. Na szczęście są też takie perełki, które są przepyszne, łagodne i sprawiają że każdy łyk jest przyjemnością. Jedną z nich jest herbata Love, która jest łagodna i bardzo delikatna, a w składzie znajdziemy rumianek, różę i lawendę. Druga herbata to Womankind, która zawiera żurawinę, różę i szczyptę wanilii. Co jednak zaskakujące, bardziej czuć żurawinę niż wanilię i powiedziałabym że bardziej podchodzi pod herbaty lekkie i owocowe, niż pod otulające ciężko-waniliowo-karmelowe. 

Herbata miętowa i wyciszająca Pukka



Dwa rodzaje herbat których nigdy nie może u mnie zabraknąć, to herbata miętowa na trawienie i wyciszająca którą piję przed snem. Do niedawna sięgałam po prostu po zwykłą ziołową herbatkę miętową, a przed snem piłam rumianek, ale gdy ostatnio byłam na zakupach zauważyłam te dwie herbaty. Słyszałam o nich wiele dobrego, więc postanowiłam je przetestować. Wybrałam kompozycję trzech mięt oraz herbatkę owsianą z lawendą. Ta ostatnia ma bardzo specyficzny smak, do którego trzeba się przyzwyczaić, ale obie bardzo lubię.

Herbata zielona Irving

Zielona herbata jest oczyszczająca i zdrowa, jednak mi pozostawia bardzo nieprzyjemne uczucie w ustach i gardle. Tak jakby całkowicie wysuszała mi buzie ze śliny i po wypiciu chociażby filiżanki tego napoju, muszę później wypić dwie szklanki wody żeby to minęło. Inaczej jest w przypadku zielonej herbaty firmy Irving. Bardzo mi ona smakuje, a połączenie zielonej herbaty i ananasa albo cytryny to dla mnie strzał w dziesiątkę. Często piję ją do kolacji :)

Herbatki ziołowe

Gdy mam bóle brzucha, jestem poddenerwowana albo chcę wypić coś bardziej naturalnego, sięgam po herbatki ziołowe. Uwielbiam miętę, rumianek, szałwię i melisę. Niektóre z nich mam w postaci sypkich herbat, a inne w saszetkach. Jedne i drugie są pyszne i delikatne.

Christmas Tea i Detox firmy Yogi Tea 

Jeszcze przed świętami wybrałam się na małe zakupy herbaciane i buszując po półkach znalazłam te oto dwie herbaty firmy Yogi Tea. Firma ta jest dobrze znana i dość popularna, więc chciałam spróbować tego co mają do zaoferowania. Zdecydowałam się na Christmas Tea, która była niezwykle aromatyczna, korzenna i lekko pikantna oraz na herbatkę Detox, która niestety nie przypadła mi do gustu. Prawdopodobnie za sprawą dodanego do niej imbiru, ta herbata była kwaśna i bardzo pikantna przez co po kilku łykach miałam dość.

To wszystko na dzisiaj. Mam nadzieję że ten wpis Wam się podobał i że polecicie mi kilka ze swoich ulubionych herbat. Ostatnio w biurze wpadłyśmy na pomysł, żeby każda przyniosła po saszetce ulubionej herbaty tak byśmy mogły poszerzyć swoje horyzonty smakowe i wydaje mi się że to bardzo fajny pomysł! Jedyne nad czym ubolewam to że w okresie wiosenno-letnim, często nie mam co pić w kawiarniach, bo rzadko która oferuje kawę z mlekiem innym niż zwykłym albo sojowym (a mam na oba uczulenie), a jak mrożona herbata to tylko Lipton lub Nestea, które mają masę cukru w składzie. No nic, ściskam Was mocno, buziaki, papa.

Food book #2

Na dzisiaj planowałam wpis o wiele dłuższy i ciekawszy, ale czasem tak bywa że nie ma weny twórczej. Postanowiłam więc wstawić wpis z serii food book, a z dłuższym postem poczekać na przypływ chęci. Mam nadzieję że nie będziecie mi mieli tego za złe :) Przy okazji tego wpisu chciałam też zapytać Was o zdanie w pewnej sprawie. A mianowicie - chcielibyście żebym umieszczała tygodniowe wpisy ze swojego odchudzania w których opisywałabym jak mi poszło każdego dnia, miesięczne efekty czy trzymiesięczne porównania na których byłoby widać większą różnicę? Dajcie mi znać w komentarzach, a tymczasem zapraszam na przegląd moich posiłków.

9:00 Śniadanie



Moje śniadanie to najczęściej połączenie jajek z wędliną i warzywami. Uwielbiam jajka w każdej postaci, a zwłaszcza omlety, jajecznicę i jajka sadzone. Z dodatkiem pieczarek, plasterków sera czy wędliny, są bardzo sycące i sprawiają że jestem najedzona przez wiele godzin. Śniadanie zjadam w pracy o godz. 9:00, bo dzięki temu mam równe odstępy czasowe między posiłkami w ciągu dnia.

14:00 Obiad



Na obiad bardzo lubię zjadać porcję mięsa, a tego dnia miałam ogromną ochotę na grillowanego kurczaka i sałatę z serkiem wiejskim.  Kurczaka zamarynowałam wcześniej w wędzonej papryce, ziołach i czosnku więc przesiąkł pysznym aromatem.Serek wiejski wymieszałam z solą pieprzem i nałożyłam na liście sałaty lodowej.

19:00 Kolacja



Moja kolacja to często porcja ryby z warzywami. No chyba że akurat nie odczuwam dużego głodu, bo wtedy sięgam po swoje ulubione tłuste kakao. Najbardziej lubię łososia wędzonego, ale jak widać na powyższym zdjęciu, śledziem również nie pogardzę :) Taka porcja białka i zdrowych tłuszczy wieczorem sprawia że jestem długo najedzona, rano nie budzę się głodna i mam możliwość poczekania do 9:00 na śniadanie bez burczenia w brzuchu.

I to by było na tyle. Dla niektórych mało, dla innych dużo, ale dla mnie w sam raz. Bardzo mi odpowiada taki sposób odżywiania, a ponieważ planuję jeszcze kilka takich dzienników zrobić to zobaczycie że się nie głodzę, a nawet zjadam solidne porcje pysznego jedzenia. A do tego waga nareszcie spada systematycznie co mnie ogromnie cieszy. Ściskam mocno i życzę miłego dnia :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka