Samoakceptacja: Jak polubić siebie



Samoakceptacja to dla mnie temat rzeka i temat który zawsze mocno mnie porusza. Stwierdziłam jednak że powinnam o tym napisać kilka słów, bo raz że to obiecałam, a dwa sama potrzebuje zrobić mały rachunek sumienia. W dzisiejszym wpisie pragnę podzielić się z Wami sposobami, które postanowiłam wdrożyć do swojej codzienności żeby chociaż trochę zacząć budować poczucie własnej wartości i polubić siebie. Mam nadzieję że ten wpis Wam się przyda i że razem się nauczymy akceptować swoje wady i doceniać swoje zalety.

Poczucie własnej wartości

Z góry mogę Wam powiedzieć że moja pewność siebie jest mała, a wręcz znikoma. Nigdy nie byłam zbyt przebojowa ani odważna. Po części wynika to z mojej natury, ale też z tego że wiele razy nie czuję się na siłach by coś zdobyć. To z kolei bierze się z braku samoakceptacji. Myślenie o tym że jestem za mało zdolna by coś osiągnąć, za gruba by się komuś podobać albo zbyt nieśmiała by ktoś mnie polubił, sprawiło że czasem patrzę na siebie i myślę tylko o tym jaką jestem ofermą. Niszczy mnie to i dołuje strasznie, więc postanowiłam z tym walczyć. Zwłaszcza że chcę polubić siebie, chcę doceniać swoje mocne strony, chcę być dumna ze swoich osiągnięć i chcę czuć się dobrze sama ze sobą. Wiem że walka nie będzie prosta i że często łatwiej jest schudnąć 40 kg niż zmienić tok myślenia, ale jestem gotowa zawalczyć o samą siebie i o poczucie własnej wartości.

Plan działania

Mój plan działania na początek jest bardzo prosty. Kupiłam zeszyt który widzicie na zdjęciu, z bardzo fajnym napisem ''Remind yourself that it's okay not to be perfect'' czyli ''Przypomnij sobie że to w porządku być nieperfekcyjną''. Zamierzam w nim codziennie zapisywać jedną cechę fizyczną, intelektualną lub osobowościową którą w sobie zauważę, docenię i którą będę uważała za dużą zaletę. Może to być również jakieś osiągnięcie, sytuacja w której zachowałam się prawidłowo albo komplement. Założenie jest takie, żeby każdego dnia napisać coś pozytywnego o sobie i siebie pochwalić. Myślę że to jakiś początek i mam nadzieję że da efekty.

Tak samo powinno pomóc w całym procesie moje odchudzanie, bo podejrzewam że im bardziej będę chudła i wysmuklała swoje ciało ćwiczeniami, to tym bardziej będę się czuła komfortowo w swoim ciele i będę nabierała pewności siebie. Ostatecznie po osiągnięciu jednego z moich największych celów, czyli zejście z trzycyfrowej wagi, planuję zrobić małą rewolucję w swoim wyglądzie, co również powinno podnieść moją samoocenę.

Konkluzja: Jak polubić siebie w kilku punktach

1. Zacznij pracować nad tym co odbiera Ci pewność siebie. Mam na myśli tutaj każdy kompleks nad którym da się popracować. Nadwaga, zwiotczała skóra na udach, brak znajomości języka angielskiego albo obsługi jakiegoś narzędzia. Cokolwiek sprawia że czujesz się mniej pewna siebie a da się to zmienić.

2. Zaakceptuj swoje wady, słabości lub niezmienne cechy. Są rzeczy na które nie mamy wpływu i jedyne co możemy z nimi zrobić to je zaakceptować. Niestety, czasem natura obdarzy nas niższym wzrostem czy krzywymi brwiami. Zamiast smucić się bez końca z tego powodu, powinniśmy spróbować zaakceptować fakt że takie już jesteśmy. 

3. Codziennie mów sobie coś miłego (albo to zapisuj). Tak jak wspomniałam na swoim przykładzie, to może pomóc przy budowaniu pozytywnego nastawienia do samej siebie. Pochwała, docenienie, komplement lub osiągnięcie, wybór jest dowolny byle żebyśmy pomyślały choć raz dziennie o sobie ciepło i miło.

4. Zmień fryzurę, makijaż albo styl ubierania się. Zmiana swojego wyglądu i upiększenie swojego wizerunku potrafi bardzo wysoko podnieść naszą samoocenę. Tak przynajmniej wyczytałam kiedyś. Myślę że jest w tym dużo racji, bo gdy czujemy się zadbane i wypielęgnowane to przyjemniej nam się patrzy w lustro i jesteśmy bardziej z siebie zadowolone. Zatem wizyta u fryzjera jest jak najbardziej wskazana.

I to by było na tyle. Mam nadzieję że ten wpis Wam się przyda i że razem popracujemy nad swoją samoakceptacją. Osobiście zamierzam wszystkie te punkty zastosować i chciałabym powolutku dojść do momentu gdy będę się czuła na tyle komfortowo we własnej skórze żeby móc spojrzeć w lustro i  pomyśleć ''Lubię Cię taką jaka jesteś''. Wierzę że razem wszystkie do tego dojdziemy. Buziaki, papa :)

Moje postanowienia jesienne



Uwielbiam jesień i cieszę się że stopniowo będzie ją czuć coraz bardziej w powietrzu o poranku, w zapachach wydobywających się z kuchni i w palących się wieczorem świecach. Jesień to dla mnie piękne kolory, smak gorącej czekolady, zapach deszczu i czas ukojenia. To moment, gdy po wakacyjnym szaleństwie, wszystko staje się znowu spokojne, ułożone i wraca do normalności. To również czas intensywnej pracy, gdy z nowymi siłami możemy zacząć ulepszać siebie i swoje otoczenie. Uważam z resztą, że to najlepszy moment na rozpoczęcie odchudzania, ćwiczeń czy też dbania o siebie, bo jesienią jest mniej imprez plenerowych, a chłodne powietrze sprawia że ćwiczenia na dworze są przyjemnością.

Początkiem Września zawsze robię gruntowne porządki w domu. Dzięki temu mogę się pozbyć znoszonych ubrań, wyciągnąć te cieplejsze, poukładać swoje kosmetyki oraz zmienić dekorację w swoim domu na bardziej otulającą. Staram się również uporządkować swoje myśli i plany na przyszłość, dlatego postanowiłam dzisiaj napisać Wam o tym, co chciałabym osiągnąć albo zrealizować w najbliższych trzech miesiącach. Mam nadzieję że Was to zaciekawi. :)

Moje postanowienia na jesień

1. Trzymać się swojej diety i do końca Listopada pożegnać 15-20 kg.

2. Ćwiczyć codziennie minimum 30 min niezależnie od wszystkiego.

3. Spróbować upiec schab ze śliwkami po raz pierwszy.

4. Uzupełnić swoją garderobę o czarne botki na jesień i czarną listonoszkę.

5. Przeczytać przynajmniej 3 ciekawe książki.

6. Spędzić fantastycznie swoje urodziny.

7. Przełamać swój wstyd i pójść na basen popływać.

8. Spędzić wieczór z przyjaciółmi grając w gry planszowe albo karty.

9. Znaleźć dobry przepis na zupę dyniową.

10. Wrócić do malowania obrazów bo bardzo mnie to uspokaja.

I to by było na tyle. Mam nadzieję że uda mi się wykorzystać jesień w stu procentach żeby popracować nad swoją figurą i zrealizować swoje postanowienia. Ze swojej strony zachęcam Was do wyznaczenia sobie takich małych celów na najbliższe miesiące. Jesień stanie się wtedy przyjemniejsza, a czas lepiej spożytkowany. Pamiętajcie także, że każde marzenie powinno się przekształcać w realny cel, bo tylko wtedy stanie się rzeczywistością. Życzę nam wszystkim fajnej jesieni i samych sukcesów w nowym sezonie. Ściskam Was mocno, buziaki, papa!

Babeczki bez mleka, cukru ani mąki

Cześć Misie! Dzisiaj mam dla Was przepis na pyszne czekoladowe babeczki z masłem orzechowym, które są bez mleka, bez cukru i bez mąki. Mogą być wspaniałym deserem lub przekąską dla osób które nie jedzą glutenu, nie chcą jeść cukru albo tak jak ja nie mogą jeść nabiału. Przepis powstał spontanicznie w mojej głowie gdy na półce w sklepie ze zdrową żywnością ujrzałam mąkę kokosową i ksylitol, który jak dobrze wiecie jest wspaniałym zamiennikiem cukru. Jeśli więc macie ochotę na coś słodkiego, mocno orzechowego i dietetycznego to zapraszam do przepisu :)
























Składniki:

Pół szklanki oleju kokosowego (ja akurat nie miałam i użyłam rzepakowego)
Pół szklanki mąki kokosowej
Dwie łyżki ksylitolu
Dwie łyżki śmietanki kokosowej albo mleczka kokosowego
Dwa duże jajka albo trzy małe
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Dwie łyżki kakao
Odrobina aromatu migdałowego
Masło orzechowe i gorzka czekolada jako dodatki
























Przygotowywanie tych babeczek trwa dosłownie chwilę i jest dziecinnie proste. Łączymy olej z mleczkiem kokosowym i dodajemy odrobinę olejku migdałowego. Wsypujemy dwie łyżki ksylitolu - ubijamy, a następnie dodajemy mąkę kokosową z proszkiem do pieczenia. Wbijamy jajka, wszystko mieszamy łyżką albo trzepaczką, a na koniec kruszymy kawałki gorzkiej czekolady które dodajemy do naszej masy. Wykładamy na blasze nasze foremki albo papilotki i nakładamy po łyżeczce ciasta do każdej z nich, następnie po pół łyżeczki masła orzechowego i przykrywamy jeszcze jedną łyżeczką masy. Gdy już wszystkie babeczki są gotowe, lądują w piecu na 15 min. Po upieczeniu studzimy i delektujemy się najbardziej orzechowymi babeczkami jakie kiedykolwiek jedliśmy ;)






















Szczerze powiedziawszy chciałam by moje babeczki były bez dekoracji, ale moja starsza siostra uznała, że chyba lepiej będą się prezentowały udekorowane. Gdy więc wróciłam do kuchni zastałam ją z mleczkiem kokosowych w jednej dłoni i z posypką w drugiej ;) Babeczki tak czy siak były przepyszne i serdecznie Wam  je polecam. Ściskam Was mocno, buziaki, papa!

Pojemniki do pracy

Cześć Misie! Często Wam powtarzam że śniadanie i obiad jadam w pracy i bardzo często mnie pytacie co ze sobą zabieram i jak to przewożę żeby się z tego nie zrobiła nieapetycznie wyglądająca breja. Dzisiaj więc pokażę Wam co zazwyczaj pakuję na wynos, opowiem o tym co lubię jeść i podam kilka pomysłów na tak zwane lunchboxy lub też pudełka do pracy.

1. Pojemniki. U mnie najważniejsze są pudełka. Muszą być szczelne, dobre jakościowo, odpowiednie do podgrzewania w mikrofalówce i chłodzenia w zamrażarce, bo często gotuję jedzenie na zapas i lubię mieć je już gotowe i zapakowane. Oczywiście, najlepsze są opakowania ze szkła, ale te ważą sporo i jeśli nie jedzie się autem, tylko tak jak ja, tłucze się autobusami, to są niezbyt poręczne. Mało tego, takie szklane opakowania to inwestycja i ryzyko że przy najmniejszym upadku, rozlecą się w drobny mak. Moje pochodzą z Tesco i jestem z nich niezwykle zadowolona. 

2. Jedzenie. Druga sprawa to gotowanie potraw które są łatwe do przewożenia i którym nic się nie stanie jak trochę nimi potrzęsie. Z tego powodu uwielbiam zabierać ze sobą gulasze, zupy, potrawki z kurczaka oraz sałatki. A na śniadanie staram się zawsze mieć jajka sadzone albo omlety z dodatkami. Nie przepadam za to za jajecznicą, bo często rozpada się na drobne kawałki, które trudno jeść. Gdy nie byłam na diecie nisko węglowodanowej lubiłam też zabierać ze sobą wszelkie makarony.

3. Przewóz. Ostatnią ważną sprawą jest sposób zapakowania tego wszystkiego i jak najdelikatniejszy sposób przewożenia. Znam osoby które są w stanie nawet z kanapki zrobić naleśnika, bo wcisną ją gdzieś w torebce, zagniotą innymi przedmiotami i później jedzą coś co wygląda nieapetycznie i jest mokre od pomidora który dosłownie się w tej kanapce roztopił. Zatem najlepiej mieć małą torebkę na lunch, albo chociaż tak wszystko poukładać żeby nic się nie pogniotło.

To takie zwyczajne, proste zasady o których każdy wie, ale myślę że warto przypomnieć. Na zdjęciach u góry możecie zobaczyć moje zapakowane przykładowe śniadania i obiady. Szczerze, uważam że gdybym jadła ''normalnie'', czyli mogła wziąć kanapkę do pracy albo jakiś jogurt z granolą, to nie miałabym najmniejszego problemu z organizacją swoich posiłków. Jednak jestem na takiej diecie i mam takie nietolerancje pokarmowe, że muszę dbać o to by zawsze mieć coś swojego. To wszystko na dzisiaj, buziaki, papa.

Moje ulubione herbaty

Bardzo często dostaję od Was pytania dotyczące tego co piję na swojej diecie. Sezon jesienno-zimowy to dla mnie idealny czas na odkrywanie różnych herbat, bo uwielbiam rozpoczynać i kończyć każdy dzień kubkiem tego gorącego napoju. Oczywiście kawa jest nadal mile widziana, ale nie zawsze jest odpowiednia pora na nią. Za to na herbatę zawsze znajdzie się czas i miejsce :) Dzisiaj więc chciałabym Wam pokazać kilka ulubionych herbat.

Herbata różana Love i Womankind Pukka



Jestem dużą fanką herbat firmy Pukka mimo iż muszę się natrudzić i naszukać, by znaleźć taką która by nie zawierała kopru włoskiego, którego niestety tak bardzo nie lubię. Na szczęście są też takie perełki, które są przepyszne, łagodne i sprawiają że każdy łyk jest przyjemnością. Jedną z nich jest herbata Love, która jest łagodna i bardzo delikatna, a w składzie znajdziemy rumianek, różę i lawendę. Druga herbata to Womankind, która zawiera żurawinę, różę i szczyptę wanilii. Co jednak zaskakujące, bardziej czuć żurawinę niż wanilię i powiedziałabym że bardziej podchodzi pod herbaty lekkie i owocowe, niż pod otulające ciężko-waniliowo-karmelowe. 

Herbata miętowa i wyciszająca Pukka



Dwa rodzaje herbat których nigdy nie może u mnie zabraknąć, to herbata miętowa na trawienie i wyciszająca którą piję przed snem. Do niedawna sięgałam po prostu po zwykłą ziołową herbatkę miętową, a przed snem piłam rumianek, ale gdy ostatnio byłam na zakupach zauważyłam te dwie herbaty. Słyszałam o nich wiele dobrego, więc postanowiłam je przetestować. Wybrałam kompozycję trzech mięt oraz herbatkę owsianą z lawendą. Ta ostatnia ma bardzo specyficzny smak, do którego trzeba się przyzwyczaić, ale obie bardzo lubię.

Herbata zielona Irving

Zielona herbata jest oczyszczająca i zdrowa, jednak mi pozostawia bardzo nieprzyjemne uczucie w ustach i gardle. Tak jakby całkowicie wysuszała mi buzie ze śliny i po wypiciu chociażby filiżanki tego napoju, muszę później wypić dwie szklanki wody żeby to minęło. Inaczej jest w przypadku zielonej herbaty firmy Irving. Bardzo mi ona smakuje, a połączenie zielonej herbaty i ananasa albo cytryny to dla mnie strzał w dziesiątkę. Często piję ją do kolacji :)

Herbatki ziołowe

Gdy mam bóle brzucha, jestem poddenerwowana albo chcę wypić coś bardziej naturalnego, sięgam po herbatki ziołowe. Uwielbiam miętę, rumianek, szałwię i melisę. Niektóre z nich mam w postaci sypkich herbat, a inne w saszetkach. Jedne i drugie są pyszne i delikatne.

Christmas Tea i Detox firmy Yogi Tea 

Jeszcze przed świętami wybrałam się na małe zakupy herbaciane i buszując po półkach znalazłam te oto dwie herbaty firmy Yogi Tea. Firma ta jest dobrze znana i dość popularna, więc chciałam spróbować tego co mają do zaoferowania. Zdecydowałam się na Christmas Tea, która była niezwykle aromatyczna, korzenna i lekko pikantna oraz na herbatkę Detox, która niestety nie przypadła mi do gustu. Prawdopodobnie za sprawą dodanego do niej imbiru, ta herbata była kwaśna i bardzo pikantna przez co po kilku łykach miałam dość.

To wszystko na dzisiaj. Mam nadzieję że ten wpis Wam się podobał i że polecicie mi kilka ze swoich ulubionych herbat. Ostatnio w biurze wpadłyśmy na pomysł, żeby każda przyniosła po saszetce ulubionej herbaty tak byśmy mogły poszerzyć swoje horyzonty smakowe i wydaje mi się że to bardzo fajny pomysł! Jedyne nad czym ubolewam to że w okresie wiosenno-letnim, często nie mam co pić w kawiarniach, bo rzadko która oferuje kawę z mlekiem innym niż zwykłym albo sojowym (a mam na oba uczulenie), a jak mrożona herbata to tylko Lipton lub Nestea, które mają masę cukru w składzie. No nic, ściskam Was mocno, buziaki, papa.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka